Pielęgnacja twarzy to nie tylko kosmetyki…
To, że nawet najdroższa, najlepsza i najbardziej zaawansowana pielęgnacja twarzy nie pomoże nikomu, kto nie ma ogarniętych podstaw typu dieta, hormony czy jelita – wiadomo. Przekonuję się o tym niezmiennie od wielu lat. Z mojej twarzy jak z otwartej księgi można wyczytać, co takiego przeskrobałam, że nagle pojawiły się wypryski, szarość, opuchnięcie, przebarwienia i co tam jeszcze na skórze wyskoczyć może. Niewyspanie, zarwana noc, nadmiar glutenu, brak filtra SPF, too much sugar – to wszystko u mnie nie przejdzie niezauważone. Jednak jeśli te podstawy są dopięte, wchodzą one: kosmetyki i składniki aktywne, które są w stanie zdziałać cuda. I no cóż – TWOJA SKÓRA CI ZA TO PODZIĘKUJE!😛


Najlepsza pielęgnacja twarzy nie rujnuje budżetu
Pielęgnacja twarzy od lat jest moją wielką pasją – nieustannie testuję i sprawdzam nowości. Mam tę ogromną przyjemność nakładania na swoją skórę najlepszych kosmetyków, między innymi koreańskich, jako że poczyniłam w Korei dość spore szkody budżetowe. Azja to dla mnie kopalnia cudowności. Kiedyś, wyjeżdżając poza Polskę, panicznie martwiłam się, co zrobię, jeśli skończy mi się moje ulubione serum.
Dziś wiem, że taka rozpacz byłaby totalnie nieuzasadniona, bo tamta część świata obfituje w najlepsze produkty na Ziemi. Swoją drogą, pielęgnacja twarzy jest tam skandalicznie niedroga. No więc testowałam.
Półki uginały się od szklanych buteleczek, tubek i specyfików, lecz z upływem lat przekonałam się, że tak naprawdę z chęcią wracam do zaledwie kilku produktów. To właśnie one mają faktyczny, realny i prawdziwy wpływ na wygląd mojej skóry.

Retinol w pielęgnacji twarzy
Pielęgnacja, która nie rujnuje mojego budżetu, jest dostępna wszędzie na świecie, sprawdza się i po prostu robi to, co do niej należy. No więc – czas na konkrety. Pierwszą i najważniejszą rzeczą, od razu z grubej rury i z wielkiego kalibru, będzie Tretinoina. To absolutny złoty standard, jeśli mówimy o walce ze starzeniem się skóry. Najsilniejszy, najbardziej skuteczny i najlepiej przebadany składnik anti-aging, który z powodzeniem stosuje się również w walce z trądzikiem.
Pielęgnacja przeciwstarzeniowa
Zarówno retinol, jak i tretinoina należą do tej samej rodziny retinoidów (pochodnych witaminy A), jednak różnią się fundamentalnie siłą działania, szybkością efektów i sposobem aplikacji.
Ten cudowny składnik przyczynia się do szybszego złuszczania martwego naskórka, stymuluje produkcję kolagenu, redukuje przebarwienia i niweluje trądzik – tak w skrócie, rzecz jasna. Ja dziś nie wyobrażam sobie rutyny bez jakiejkolwiek formy witaminy A.
Moja skóra jest już do niej przyzwyczajona i świetnie toleruje jej aktywną formę, ale oczywiście na początku warto dokładnie zapoznać się z zasadami stosowania. Dla wrażliwej cery niewłaściwa aplikacja może skończyć się sporym podrażnieniem, jeśli nie trzymamy się instrukcji.

Witamina A w pielęgnacji twarzy
Zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego w Europie wymagana jest recepta, by kupić dobry produkt z tretinoiną, podczas gdy w Turcji, Tajlandii, Wietnamie czy na Bali mogę za grosze i bez najmniejszego problemu dostać skuteczny, silny, działający cuda kosmetyk. Zawsze robię tam zapas. Owszem, w internecie i drogeriach powszechnie dostępne są produkty z różnymi formami i pochodnymi witaminy A, jednak ich działanie nigdy nie będzie tak potężne jak w przypadku leku czy dermokosmetyku na receptę.
Ja retinol stosuję przez cały rok. W każdym tygodniu wlatuje przynajmniej jeden dzień z takim kremem. Obecnie używam produktu koreańskiej marki, który kupiłam w Tajlandii. Mimo że codziennie przebywam na słońcu, nie rezygnuję z witaminy A, ponieważ tam, gdzie żyję, nie ma okresu jesienno-zimowego.
Oczywiście to żadna porada medyczna, a jedynie moja osobista preferencja. Codziennie stosuję wysoki SPF i osłaniam twarz czapkami z daszkiem czy kapeluszami, więc to nie tak, że bezkarnie smażę się na słońcu.
Kwas azelainowy w pielęgnacji twarzy
Mój kolejny hit, absolutny must-have i konieczność, to kwas azelainowy (Azelaic Acid). Myślę, że to wciąż dość niedoceniony składnik, choć dla mnie stanowi wszechstronny niezbędnik. Kwasów na rynku jest mnóstwo – glikolowy, migdałowy, mlekowy, salicylowy… Przyznam szczerze, że od tego nadmiaru opcji można zwariować.
Kwas azelainowy, w przeciwieństwie do innych mocnych kwasów czy retinolu, nie traktuje naskórka w tak agresywny sposób. Dla mnie to absolutny król, jeśli chodzi o redukcję przebarwień. Żyjąc w miejscu, gdzie słońce świeci praktycznie przez 360 dni w roku, siłą rzeczy zauważam u siebie delikatne przebarwienia, melazmę czy plamki po wypryskach.
Ten kwas radzi sobie ze wszystkim błyskawicznie, nie podrażniając przy tym mojej twarzy.

Dodatkowo działa antybakteryjnie, zwalcza zaskórniki i reguluje wydzielanie sebum. Kwasem azelainowym zdecydowanie powinny zainteresować się osoby z trądzikiem różowatym, cerą naczynkową, trądzikiem hormonalnym, a także z uporczywymi przebarwieniami. Co ważne, to jeden z nielicznych, w 100% bezpiecznych składników, które można stosować podczas ciąży – czyli wtedy, gdy retinol i tretinoina są absolutnie zakazane.
Kwas azelainowy nie jest fotouczulający, więc można po niego sięgać przez cały rok (oczywiście rano wysoki SPF to wciąż konieczność!). Na koniec najlepsze: ten kwas cudownie współpracuje z retinoidami.
Co działa na przebarwienia?
Będąc w Polsce, bardzo lubiłam Skinoren – ten produkt bez problemu można kupić w każdej aptece. Dziś, mieszkając na Bali, również bez trudu znajduję maści z kwasem azelainowym i to oczywiście za grosze.
Ja akurat nie łączę retinoidów z kwasem w trakcie jednej wieczornej rutyny, choć wiem, że niektóre osoby z powodzeniem stosują takie warstwowe połączenie. Być może kiedyś się odważę! Na razie stawiam na rotację: jednego wieczoru wlatuje retinol, drugiego kwas, a potem funduję skórze kilka dni solidnego nawilżenia i regeneracji.
Witamina C w pielęgnacji twarzy
Mój numer trzy to oczywiście witamina C. Od wielu lat, niezmiennie każdego ranka, jakaś jej forma ląduje na mojej twarzy i absolutnie uwielbiam ten krok. Witamina C to jeden z najlepiej przebadanych antyoksydantów na świecie. Działa jak niewidzialna tarcza ochronna, która dodatkowo potęguje działanie filtrów przeciwsłonecznych, a te przecież stosuję codziennie. Stymuluje produkcję kolagenu, pięknie rozświetla cerę, rozjaśnia przebarwienia i nadaje skórze niesamowity, zdrowy glow.
Na rynku jest prawdziwe zatrzęsienie takich produktów. Mamy różne formy – od najsilniejszego czystego kwasu askorbinowego (Ascorbic Acid), po ultra-stabilne, bardzo łagodne pochodne (np. Ascorbyl Glucoside lub Tetrahexyldecyl Ascorbate), idealne dla cery wrażliwej lub naczynkowej. Ja od kilku lat niezmiennie wracam do jednego, absolutnego ulubieńca.
Po raz pierwszy kupiłam go w Tokio, dziś bez problemu znajduję go w drogeriach na Bali, a z tego co wiem, jest też bez trudu dostępny w Polsce. Mowa o kultowym esencji Rohto Melano CC Intensive Anti-Spot Essence.

Najlepsze serum w witaminą c, pielęgnacja azjatycka
Jego genialna konstrukcja całkowicie zapobiega utlenianiu się witaminy C. Świetny aplikator doskonale dozuje produkt kropelka po kropelce. Dzięki temu wyjątkowemu opakowaniu esencja pozostaje świeża i „aktywna” przez długie miesiące. Kosmetyk łączy w składzie czystą witaminę C oraz witaminę E.
Jest stosunkowo niedrogi, niezwykle skuteczny i ma bardzo przyjemną konsystencję. Nie jest to jednak ciężki, obciążający olej, lecz lekka esencja olejkowa – to naprawdę unikalna formuła. Uwielbiam ją! To już pewnie moje dziesiąte, o ile nie dwudzieste opakowanie. Bardzo polecam!

Najlepsze kremy SPF, pielęgnacja koreańska
Przedostatnim filarem mojej pielęgnacji – i czymś, co stosuję absolutnie codziennie – jest dobry SPF. Wiem, że wokół filtrów narosło wiele kontrowersji i niejasności. Jednak ja, stosując retinoidy, kwasy i inne bardzo aktywne, potencjalnie drażniące składniki, nie wyobrażam sobie pominięcia etapu fotoprotekcji. O ile na ciało kremu z filtrem raczej nie używam (wyjątkiem są sytuacje, gdy planuję wielogodzinny rejs w tropikach lub cały dzień plażowania – na co dzień moją ochroną są po prostu ubrania), tak na twarz SPF leci codziennie.
Najważniejszym zadaniem ochrony przeciwsłonecznej jest zatrzymanie fotostarzenia. Promienie UV bezlitośnie niszczą kolagen, co bezpośrednio przyczynia się do powstawania głębokich zmarszczek. I o ile słońce w godzinach porannych czy wieczornych nie stanowi wielkiego problemu, o tyle w środku dnia – w momencie najbardziej intensywnego promieniowania – jego niekorzystny wpływ na skórę jest widoczny niemal natychmiast. Wiadomo, że w Europie czy w Polsce to promieniowanie jest zupełnie inne niż na przykład w Australii, którą niedawno odwiedziliśmy.
Oczywiście to tylko moje zdanie i moje podejście, ale ja codziennie nakładam filtr na buzię i w tej kwestii bezgranicznie ufam markom koreańskim oraz japońskim. Obecnie moim hitem jest kultowy produkt z Japonii – Bioré UV Aqua Rich Watery Essence.

Kremy z filtrem przeciwsłonecznym, to faktycznie działa
To produkt wyjątkowy i do kupienia praktycznie wszędzie w Azji za grosze. Krem ten zrewolucjonizował rynek kosmetyków z filtrem, ponieważ dotychczasowe tępe, gęste i bielące mazie zostały zastąpione leciutką, wręcz wodnistą esencją.
Formuła tego kosmetyku jest naprawdę unikalna, a nazwa w pełni oddaje to, co znajduje się w środku – podczas aplikacji masz wrażenie, że smarujesz twarz czystą wodą. Kosmetyk zawiera mikroskopijne kapsułki z filtrami UV (tzw. Aqua Crystals), które są mniejsze niż mikrozmarszczki i pory w skórze. Dzięki temu, podczas rozsmarowywania, krem tworzy idealnie szczelną, równomierną i mikro-gęstą powłokę ochronną, nie zostawiając ani milimetra pominiętej skóry.
Przyznam szczerze, że wcześniej zawsze omijałam go szerokim łukiem. Na rynku jest przecież tyle innych kultowych, droższych i bardziej fancy filtrów, które oczywiście kocham. Myślałam sobie: „ten jest taki tani, to w sumie nie może być dobre ani skuteczne”. Ach, jak bardzo się myliłam!
Krem nie klei się, nie bieli i nie zostawia wspomnianego wcześniej, tępego nalotu. Pięknie się wtapia i z łatwością rozprowadza, a co najważniejsze – daje niesamowity efekt glow oraz tak popularny w Japonii i Korei glass skin. Nie uczulił mnie, nie zapchał porów i póki co jestem nim absolutnie zachwycona. Nakładam go z wielką przyjemnością każdego dnia.
Najlepszy krem naprawczo-odżywczy
Myślę, że z pełną świadomością mogę napisać, że to mój produkt życia. Tak, nie ma w tym ani krzty przesady czy nadużycia. To coś, czego gdy brakuje w mojej kosmetyczce, od razu czuję ogromną pustkę, a moja twarz cierpi przeokrutne katusze. Testowałam wiele innych kosmetyków i próbowałam znaleźć dla niego zastępcę, gdy przez jakiś czas z niewiadomych przyczyn nie mogłam go nigdzie kupić podczas naszej podróży po Australii i Nowej Zelandii. Ale wreszcie na Bali ukazał się moim oczom na półce w drogerii – wzięłam go od razu, nie zastanawiając się ani sekundy!

5 kosmetyków do końca życia, najlepsza pielęgnacja twarzy
La Roche-Posay Cicaplast Baume B5+ to dla skóry taki plaster, opatrunek, a nawet mięciutka i cieplutka kołderka. Ratuje w każdej opresji, pomagając na wszelkie podrażnienia i łuszczącą się skórę. Jeśli nie wiesz, co się dzieje, a Twoja cera wariuje i potrzebuje natychmiastowego ukojenia – to jest krem dla Ciebie.
Dzięki wysokiemu stężeniu pantenolu (5%) oraz wąkroty azjatyckiej (Cica) błyskawicznie gasi rumień, zatrzymuje pieczenie i przyspiesza gojenie naskórka. To coś, co cudownie sprawdza się właśnie po kuracji retinolem czy po mocniejszych kwasach. Ma bogatą, otulającą konsystencję i – zdradzę Wam mój sekret – to krem, który zawsze ląduje na mojej twarzy przed każdym lotem samolotem.
Moja twarz w samolocie po prostu umiera. Powietrze w tej latającej konstrukcji jest tak suche, że automatycznie tracę cały zapas wody z naskórka – a przynajmniej takie mam wrażenie. To jedyny krem, który zapewnia mi pełen komfort nawet podczas długiego, kilkunastogodzinnego lotu. Mam go zawsze przy sobie.